O autorze
To na pewno nie jest blog o modzie, ale religia czy polityka również są piękne, jeśli nie idą w parze. Oprócz tego, piszę kulturalnie :) Kontakt ze mną: pawel.brol@o2.pl.

Ksiądz Kaczkowski - światło w mroku

Wstep Wolny/youtube.com
Kiedy zdecydowałem się ruszyć na spotkanie z Janem Kaczkowskim, ciężko chorym duchownym o najbardziej wyrafinowanym poczuciu humoru jakie słyszałem, nie miałem pojęcia w co się pakuję. Wystarczyły 22 minuty, a uzmysłowiłem sobie, że kaznodzieja jest zdrowszy i szczęśliwszy ode mnie.

Ciemności egipskie zalały Zieloną Górę. Paradoksalnie, tylko ulice świecą pustkami. Cała ludność osiedlowa pozostała w mieszkaniach. Przechadzając się pomiędzy blokami, mam wrażenie, że znalazła sobie zajęcie. Gasić światła w jednych oknach i zapalać w drugich. Tak, by taki pielgrzym w traperach jak ja nabrał się na to, że coś wewnątrz tych ścian się dzieje. Szanując wasz fach oświetleniowy, który wypełnia przeznaczenie jednego z trzech popularnych sensów życia młodzieży (czyt. laserów), oponuję. Będzie się dziać, nawet sporo, ale dwieście metrów dalej.

Ludzie! Czemuście nie poznali czasu swojego nawiedzenia? Parafrazując klasyka, wchodzę do kościoła św. Alberta. Śpieszę się jednak wytłumaczyć, że ani Albert nie posiada własności owej świątyni (woli się raczej zajmować sąsiednią noclegownią dla bezdomnych), ani ja nie jestem tym „nawiedzającym” (słowo kojarzy mi się z psem Wardęgi, który został ubrany w strój pająka i straszył ludzi). Chodzi raczej o księdza na podwójnym gazie, mającego lada chwila wygłosić kazanie. Miałem nadzieję, że z tej okazji zjawią się tłumy, żeby poczęstować się tym, co daje power temu kaznodziei. A widzę pusty parking i tylko częściowo zapełnione ławki.

Organista – jakby wyczuł, że przy takiej publiczności nie musi grać na poziomie konkursu chopinowskiego – zaczyna od fałszu ostatnią mszę świętą. Tuż przed wejściem śmietanki towarzyskiej, która będzie celebrować spotkanie, od drzwi do ołtarza zaczyna człapać specyficzny jegomość. Wspiera się przy tym na ramieniu Bogu ducha winnego ministranta. Nie dostrzegam twarzy, ale – kurcze blade – pierwszy raz w życiu mam wrażenie, że widzę Chrystusa. Mrużąc skrupulatnie oczy i obiecując sobie odstawienie wszelkich środków czekoladopodobnych, chcę dojść do konsensusu z własną wizją. Jednak, jak byk, mistyka wygrywa. Ksiądz Jan Kaczkowski wszedł w rolę boskiego Taty.

„Iluzja” cierpiącego Jezusa na krzyżu prześladuje mnie jeszcze przez spory kawałek drogi. A konkretnie od ołtarza do konfesjonału, do którego zmierza duchowny. Skąd ksiądz, mający glejaka mózgu, ma jeszcze siłę, żeby spowiadać? Nie powinien go ktoś zastąpić? Przecież zaproszono go tutaj, by mówił kazania i robi to już całą niedzielę.

W międzyczasie celebrans odprawia mszę z sumiennością pracownika McDrive’a, który obsługuje kolejny samochód z takim samym uśmiechem. Rozglądam się po kościele. Większość wiernych stoi w tzw. pozycji świętego Alberta, czyli przyjmując postawę rzeźby zza ołtarza. Widzę jednak, że kilka z nich – podobnie jak ja – neurotycznie odwraca się w stronę konfesjonału, jakby sam fakt ponaglającego spojrzenia miał zmusić Kaczkowskiego do szybkiego wejścia na ambonę.

Chwilę przed rozpoczęciem odczytywania perykopy, odniosłem wrażenie, że gdyby kapłan prowadzący mszę pozwolił – ludzie stanęliby przodem do wyłaniającego się z drewnianej budki zaproszonego kaznodziei. Świdrujemy go wzrokiem, kiedy ten spokojnie zmierza na ambonę, jakbyśmy relacjonowali spotkanie w TVN24. W końcu dociera. I dociska gaz do dechy. My z kolei wbijamy się w dechy, zwane w kręgach wtajemniczonych „ławkami”.

– Prowadzę hospicjum w Pucku. Zarządzam nim. Tylko proszę, nie mówcie do mnie, że jestem jego dyrektorem. Słowo „dyrektor” źle mi się kojarzy. Może dlatego, bo jestem księdzem. Jakby to brzmiało: „ojciec dyrektor”? – mówi z łobuzerskim uśmieszkiem Kaczkowski.

Jego kazanie nie jest spójne. Ma w sobie coś, co posiada również szuflada bez rączki. Jest nieuchwytne. „Zarządca” hospicjum z jednej strony opowiada o bioetyce, jako że w tej dziedzinie jest specjalistą (posiada tytuł doktora nauk teologicznych), a jego wykład stanowi niebo w porównaniu z piekłem księdza doktora Dariusza Oko. Z drugiej strony opowiada po prostu o swoim życiu.

– W 2012 roku zdiagnozowano u mnie glejaka mózgu. Ta choroba jest jednym z najgorszych rodzajów nowotworów. To wyrok. Jestem jednak otwarty na cud – opowiada z wysiłkiem, bo glejak utrudnił mu swobodne mówienie, podobnie jak po pierwszej operacji przestał chodzić. W jego głosie jest natomiast jakaś pewność, która powoduje, że czuję wewnętrzny przypływ optymizmu, może nadziei. Próbuję odgadnąć gdzie znajduje się źródło tej nadziei u człowieka, którego obecna sytuacja legitymizowałaby do stania się smerfem marudą. A który jednak postanowił pokornie poddać się własnemu losowi, jednocześnie nie poddając się wyłączeniu z aktywnego życia. Dzięki temu stoi tutaj i peroruje tak, że Marcin Prokop mógłby się schować. Ba! Stoi, bo sam przyszedł. Już sam.

Czekam na jakąś historię fightera, dzięki której rozkleję się jak tanie adidasy, a następnie z miną pogrążonej w żałobie wynajętej płaczki, stwierdzę: „uniósł chłop swój krzyż”. Niedoczekanie moje.

– Myślicie, że Bóg zesłał mi chorobę? Czy naprawdę On mógłby chcieć, żebym był nieszczęśliwy? – pyta zaczepnie. – W wierze nie chodzi o to, by kolekcjonować krzyżyki. Owszem, dzieją się czasem złe rzeczy, ale one nie pochodzą od Boga. On chce dać mi to, co najlepsze. Nawet jeśli jestem chory. Dlatego nie chcę marnować czasu, chcę żyć pełną parą.

Wyobrażam sobie rozpędzoną lokomotywę, której co kilka minut dosypuje do pieca węgiel jego Przyjaciel. Słucham o oryginalnym podejściu do pacjentów w hospicjum – domowym podejściu, o napisanej książce, cieszeniu się życiem, zastępstwie w konfesjonale za chorego (sic!) księdza. Chichoczę po kolejnym ciętym żarcie. Spoglądam na dziewczynę obok, która przez śmiech zalewa się łzami.

– Mógłbym pijarowo powiedzieć, jak moi niektórzy koledzy księża, że (tutaj Kaczkowski zmienia głos) „bardzo proszę o modlitwę w intencji hospicjum i w miarę możliwości o wsparcie materialne”. Mógłbym wcisnąć wam łzawą historyjkę ze swojego życia, z życia hospicjum, a następnie poprosić o datki. Bo wiem, że to działa. Jednak to byłaby manipulacja. Wolę zamiast tego uczciwie powiedzieć, że zbieram pieniądze na ośrodek w Pucku. Nie wezmę z nich ani złotówki dla siebie. Jedynie ze sprzedaży książek część pójdzie na konto wydawnictwa – zapewnia kaznodzieja, zachęcając do podejścia do stolika pod chórem po mszy.

Czuję falę ciepła przechodzącą wewnątrz mojego ciała. Po chwili uzmysławiam sobie, że rzadko przeżywam metamorfozę postawy w tak krótkim czasie. Dwadzieścia dwie minuty wystarczyły, żebym z biednego, schorowanego duchownego, spojrzał na niego jak na zdrowego człowieka. Mam wrażenie, że nawet zdrowszego od zdrowych. Choć może to wydać się szalone, zaczynam mu zazdrościć życia na podwójnym gazie. Rodzi się we mnie bunt przeciwko letniości i niefajności. A gdy schodzi z ambony – dostrzegam jakby zejście z krzyża. Zmartwychwstały Jezus?

Jeszcze przy wyjściu z kościoła komentuje dofinansowanie puchy ze strony księdza parafii. – Co ja widzę, już nawet wielebni pozbywają się majątku!

Po chwili opuszczam budynek. Na zewnątrz nadal ciemno, cicho. Blokowi pstrykacze znudzili się udowadnianiem okolicy, że coś się u nich dzieje. Idę żwawo. Po dwustu metrach spoglądam za siebie z pewnym niedowierzaniem. I wtapiam się w osiedlowy letarg.

P.S. Spotkanie z ks. Kaczkowskim odbyło się rok temu, wtedy też powstał powyższy reportaż. Kupiliśmy wówczas z moją dziewczyną jego książkę, w której duchowny nakreślił nam swoje błogosławieństwo. Sprawdziło się, we wrześniu bierzemy ślub. Tym tekstem chcę mu teraz gorąco podziękować za to i za jego życie, które podbudowywało i budowało inne życia. Zresztą jestem pewien, że ten proces nadal będzie trwał, bo mamy przecież Zmartwychwstanie.

Jeśli więc chcesz dołączyć się do cudotwórstwa ks. Jana, pomóż mu utrzymać jego najważniejszy projekt na ziemi - hospicjum pełne miłości. Jak to zrobić? Dowiedz się tutaj.
Trwa ładowanie komentarzy...