O autorze
To na pewno nie jest blog o modzie, ale religia czy polityka również są piękne, jeśli nie idą w parze. Oprócz tego, piszę kulturalnie :) Kontakt ze mną: pawel.brol@o2.pl.

Marsz w obronie życia (i) Agaty Dudy

American Life League/flickr.com
To mój osobisty spacer w kierunku tych, którzy innym próbują coś narzucić, ale również przeciwko tym, którzy walcząc o wolność, chcą ją jednocześnie zabrać współziomkom z drugiej strony barykady.

Temat aborcji jest dla mnie tak abstrakcyjny jak dla większości przeciwników przerywania ciąży, którzy nie mieli z nim styczności. Łatwo mędrkować zza biurka lub na ulicach, kiedy nie trzeba w tym czasie siedzieć na porodówce i realnie decydować o czyimś życiu (stąd najbardziej zaciekawiła mnie opowieść prof. Romualda Dębskiego, ginekologa zajmującego się od wielu lat pacjentami z takimi dylematami, o tym jak pewnego razu pod jego okiem na aborcję zdecydował się głośny przeciwnik tej praktyki, tłumacząc lekarzowi, że „przecież to wyjątkowa sytuacja” – polecam wywiad z profesorem w mamadu.pl). Dlatego nie zamierzam roztrząsać meandrów tego tematu, nie mając odpowiedniej wiedzy czy doświadczenia. Chcę jedynie odbić piłeczkę tym, którym wydaje się, że mają moralne prawo mówić innym, jak się zachowywać.

Żeby było jasne - jestem przeciwnikiem aborcji, wręcz gorącym, ale nie uważam, że świat jest jak piosenka Kombi – black and white – dlatego nie odważyłbym się powiedzieć kobiecie, której życie jest zagrożone, że ma urodzić dziecko. To jej wybór i trzeba otwarcie przyznać: jeśli wyda dzidziusia na świat z narażeniem własnego zdrowia, czyn ten będzie heroiczny. Człowiek jednak nie ma prawa oczekiwać od drugiego bohaterstwa. Może mieć na to nadzieję, czasami może mu je doradzić, ale nigdy przymuszać. Podobnie w innych, szeroko ostatnio dyskutowanych sprawach. Jedynym imperatywem, jak również sędzią, w przypadku każdego indywidualnie jest tutaj sumienie. Nic więc nikomu do tego, czy w sytuacjach ekstremalnych bardziej słuszny (celowo nie piszę: dobry) będzie dla kogoś poród, czy aborcja.

Ktoś powie: dziecko nienarodzone, ale poczęte (tzw. nasciturus) ma przecież swoją godność. Owszem, ma. Podobnie jak swoją godność posiada również matka i ojciec. Dlatego z racji tego, że dzidziuś nie ma możliwości realizować swojego niezbywalnego prawa – w zastępstwie za niego robi to jego rodzic, będący odpowiedzialny za człowieczeństwo syna bądź córki. I dla niego uratowanie godności dziecka, zależnie od konkretnej sytuacji, może mieć wymiar urodzenia go za wszelką cenę albo nie dopuszczenia do przyjścia na świat (np. w przypadku wodogłowia).

Stronię więc od oceniania kogokolwiek i nie polecam nikomu tego robić. Niech żadna partia polityczna, żadni ludzie i żadne prawo nie tyka się ograniczania wolności wyboru człowieka, szczególnie tak ciężkiego. Jeśli jesteś przeciwnikiem aborcji i przydarzy Ci się taka sytuacja – pokaż swoim przykładem, co jest dobre. Jeśli zaś nic takiego Ci się nie przydarzy (oby tak było) – nie zmuszaj nikogo do niczego. Ks. Wojciech Lemański powiedział kilka lat temu „Gazecie Wyborczej” tak: „Fakt, że można kupić alkohol, nie znaczy, że musimy się nim upijać. Gdy prawo pozwala na in vitro czy aborcję, to nie znaczy, że kogokolwiek się do tego zmusza. Wiązanie Kościoła z państwem jest drogą donikąd. Mamy tak głosić Ewangelię, by człowieka do niej przekonać, a nie zmusić”. Te słowa powinny szczególnie w katoliku wzbudzić refleksje, czyli również we mnie. Czy Jezus (bądź wcześniejsi prorocy), chodząc po ziemi, zmuszał kogoś do czegoś czy raczej napominał?

Rozumiem jednak ten wewnętrzny ból i żal osoby wierzącej, że tyle dzieci traci życie poprzez aborcję, podczas gdy mogliby dzisiaj żyć. To przynaglenie, że trzeba ich bronić. Ale nie tędy prowadzi droga. My, katolicy, powinniśmy raczej podążać ścieżką rozumienia problemów człowieka inaczej myślącego niż my, jak również edukowania własnym przykładem, własną świętością. Bo jeżeli będziesz miał słuszność, to ludzie za Tobą pójdą. Człowiek instynktownie wyczuwa prawdę. A jeśli będzie więcej takich osób, to olaboga (pozdrawiam wszystkie Ole, jak też Boga). Raniero Cantalamessa OFMcap powiedział kiedyś, że „w pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznawcy Chrystusa nie mogli zmienić prawa, bo nie mieli głosu. Ale przez swój sposób życia wpłynęli stopniowo na zmianę prawa państwowego. A dzisiaj zachowujemy się odwrotnie: próbujemy zmienić obyczaje przez zmianę prawa państwowego”. Czy nie ma racji?

Żona-Duda, a może się uda?

Z kolei druga część mojej wycieczki, nie mniej bulwersująca, dotyczy krzykaczy, którzy z jednej strony pomstują na osoby zmuszające prawodawstwo do karania aborcji, a z drugiej sami próbują wymuszać działania na innych. Chodzi o chęć wciągnięcia do debaty Agaty Dudy, żony prezydenta, aby na wzór Marii Kaczyńskiej zabrała głos w sprawie aborcji (najlepiej taki sam) i tym samym wpłynęła jakoś na swojego męża bądź środowisko polityczne, w którym się obraca. Próba w pełni zrozumiała, nie od dziś bowiem wiadomo, że tylko ukochana kobieta może zmienić zdanie mężczyzny. Nie udało się jednak, pani Agatka nie zabrała głosu, więc dziennikarki i inne aktywistki rzuciły się na nią jak na żonę Piłata. „To jest powinność Pierwszej Damy, żeby wypowiadać się na takie kwestie”, „W kampanii prezydenckiej męża się udzielała, a teraz milczy” i takie tam.

Po pierwsze, kto powiedział, że żona prezydenta powinna być aktywna publicznie, zawierać głos w ważnych dla Polski sprawach itp.? Przecież to jej mąż zajmuje się polityką, a ona – z tego co wiem – wybrała zawód nauczycielki germanistyki w szkole. Może nie ma najmniejszej ochoty angażować się w powszechne debaty, choćby były najważniejsze w całej, polskiej wsi. Nie musi, nawet jeśli jej poprzedniczki to robiły i nikt nie ma prawa oczekiwać od niej określonego postępowania, bo pani prezydentowa żadnej publicznej funkcji nie pełni. Ba, ona konsekwentnie nie wypowiada się na jakiekolwiek społecznie istotne tematy, więc idzie po linii, którą sobie prawdopodobnie wcześniej obrała – chapeau bas.

Po secundo – w kampanii prezydenckiej mogła męża wspierać, wypowiadając się wszem i wobec, że mu zaufała i się sprawdził, że warto oddać na niego głos etc. Która Gaja nie będzie stała murem za swoim Gajuszem? Podobnie też zawsze znajduje się obok niego przy okazji różnych uroczystości. Ale to nie jest równoznaczne z tym, że będzie zawierać publiczny głos na tematy palące polską politykę, a reszta społeczeństwa ma prawo stać przy płocie Belwederu, oczekując co powie ładniejsza połowa Dudów. Bo jeśli tego zaczniemy wymagać, to równie dobrze możemy pytać Kingę o najnowsze trendy w gospodarce rynkowej czy opinię na temat uzbrojenia floty morskiej.

Dlatego błagam: litości, wolności i trochę oddechu. A na pewno powietrze będzie czystsze, mózg dotleniony i spacer udany.
Trwa ładowanie komentarzy...