Wie Pan, Panie Prezesie?

KOD Opolskie
Wczoraj Opole stało się podwójną stolicą. Po pierwsze, polskiej piosenki, po drugie – polskiej demokracji. Dlatego wybacz Warszawo, któraś miała kilkadziesiąt tysięcy maszerujących z Komitetem Obrony Demokracji osób, ale my zgarnęliśmy publikę Telewizji Polskiej, z wody zaapelowaliśmy do Beaty Szydło, rozdaliśmy ponad tysiąc balonów uczestnikom festiwalu, a na końcu sprawiliśmy, że ratusz zaczął mówić do ludzi. Śpieszę jednak powstrzymać ten challenge, bo nieważne gdzie działo się więcej, lecz że idziemy razem.

W ten weekend naliczyłem 33 wydarzenia zorganizowane przez KOD w Polsce i 24 za granicą, które miały uczcić dwudziestą siódmą rocznicę pierwszych częściowo wolnych wyborów po II wojnie światowej w naszym kraju. Osobiście bardzo sentymentalnie traktuję cały rok ’89 – może dlatego, że urodziłem się 1 sierpnia, kiedy obalono mięso na kartki (jaki Polak, taka symbolika), a może powodem jest nazywanie mojego rocznika przez jednego z wykładowców na studiach „dziećmi wolności”. Niezależnie jaka siedzi we mnie przyczyna, wolność sobie cenię, stąd wziąłem udział w jednym z takich wydarzeń – w Opolu.

Mieliśmy trochę szczęścia, bo dopisało Słońce, a festiwal zgromadził nam tłumy w centrum. Zaczęliśmy od toastu za demokrację na opolskim rynku, zaraz obok sceny TVP, na której właśnie przemawiał Maciej Orłoś. Po kilku chwilach zorganizowaliśmy marsz, chcąc przejść pod amfiteatr i nie wiem, czy to niska oglądalność Teleexpressu, czy bezalkoholowy szampan uderzył ludziom do głowy, ale poszło za nami ok. 400 osób (proszę nie wykłócać się o metodologię liczenia), tak, że rynek niemal się wyludnił. Ponoć nawet TVP Rozrywka przez przypadek puściła nas na żywo, bo akurat weszliśmy im w kadr, a nie dało się nigdzie kamery odwrócić, gdyż wszędzie byli KOD-owcy.

Trochę pokrzyczeliśmy, trochę pogadaliśmy, ale na tym się nie skończyło. Kolega kolegów, którego poznałem przez moich kolegów (i sympatyczne koleżanki) dostarczył nam na tę okoliczność ponton. Po co? Po to, żeby np. przyczepić do niego napis: „Beata, drukuj” i wypłynąć na szerokie wody wąskiego koryta Odry (tzw. Młynówki), które jakoby rozdziela ścisłe centrum od amfiteatru. Jest tam taki mostek, gdzie zakochani na wzór Wrocławia oraz innych 467 światowych miast przyczepiają kłódki, jakie zamiast obrączek świadczą o ich wzajemnej miłości, a przy okazji przechodzą tamtędy dzikie tłumy. Stąd, wyobraźcie sobie Państwo, nasz styropianowy napis zrobił furorę, podobnie jak kolega wiosłujący przez kilka godzin, żeby ponton był w ciągłym ruchu i żeby inni współpasażerowie mogli się poopalać (np. ja). Maciek, serdecznie cię pozdrawiam, Beatę też, bo coś czuję, że w końcu ją przekonaliśmy. (Później umieściliśmy napis na pochyłym wale; wyglądał jak ten hollywoodzki.)

Kiedy znudziło nam się pływanie, a inni koledzy nie chcieli nas zmienić, bo było to ciężkie zadanie (dla Maćka), to poszliśmy pod amfiteatr. Akurat, całkiem przypadkiem ludzie czekali na otwarcie bramek, żeby swoją obecnością zasilić publikę opolskiego festiwalu. Równym zrządzeniem losu mieliśmy przy sobie polskie, unijne oraz KOD-owskie chorągiewki, przypinki, a także balony. Te ostatnie szczególnie nam się przydały w wersji nienapompowanej, bo całą resztę gadżetów zwinęła ochrona, którą nie należy tutaj winić, ponieważ decyzje prawdopodobnie zapadły wyżej. Zaczęliśmy więc rozdawać je ludziom wchodzącym na wydarzenie, polecając, by schowali bezpowietrzne baloniki głęboko (gdzieś), a dzięki temu przekroczą progi amfiteatru. Ubyło nam z worka ponad 1000 takich gumek, przez co zasililiśmy jakąś jedną trzecią publiczności. Niestety, w trakcie późniejszego oglądania festiwalu w telewizji, nie dostrzegliśmy żadnego szybującego balonu, a jedynie jedną przemyconą przypinkę. Podejrzewamy, że powodem mogli być ci nieszczęśni ochroniarze, którzy tym razem dzielnie pilnowali każdego rzędu. Chociaż i tak wiadomo, iż winowajca siedzi wyżej.

Promocję jednak stworzyliśmy potężną. Ludzie podchodzili do nas ze słowami wsparcia i solidarności, z rzadka pluli (bo pluli – śliną oraz jadem). Dlatego postanowiliśmy na tym nie poprzestać, organizując im wieczorem gadający ratusz. Mianowicie, przez kilka późnych godzin wyświetlaliśmy z rzutnika na jego murach napisy typu: „Demokracja głupcze!”, „KOD łączy” czy coś o tym, że jesteśmy prounijni. Przechodniów było już mniej niż wcześniej, ale mimo to kolorowe, obracające się słowa cieszyły się sporym wzięciem aparatów fotograficznych w telefonach. Tylko jeden prawie dorosły mężczyzna zapytał mnie, czy Kijowski zapłacił już alimenty. Do teraz zastanawiam się, czy przypadkiem nie wkradł nam się do rzutnika jakiś inny napis. Tak czy owak, dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach (przynajmniej tak najwidoczniej uznał ten prawie pan, bo nie chciał kontynuować dialogu).

Tym sposobem zakończyliśmy ten pracowity dzień akcentem wspólnym w barze. Tam naprawdę było miło, bo kąpaliśmy się we wzajemnym zrozumieniu oraz satysfakcji z dobrze wykonanej roboty. Dzień ten został uczczony należycie i przede wszystkim znaleźliśmy się blisko ludzi, między nimi. Takie jednoczenie się to ja rozumiem. Taki weekend, gdzie stolice w Polsce są dwie, również. Na tym bowiem polega demokracja – aby się łączyć, a nie dzielić. Wie Pan, Panie Prezesie?

P.S. Macieja Orłosia lubię i szanuję, a znalazł się w moim tekście tylko dla urozmaicenia żartu z Teleexpressem w roli głównej, który de facto żartem nie jest.
Trwa ładowanie komentarzy...