Wirus Kościoła ma wiele pasożytów

fot. Piotr Drabik/flickr.com
Kościół polski stoi dzisiaj w rozkroku. Jest postawiony, a właściwie sam się postawił w trudnej sytuacji. Czy jednak aby na pewno to tylko Jego wina?

Jestem katolikiem, dość mocno zaangażowanym w życie Kościoła. Jeszcze kilka lat temu pisałem teksty do portali chrześcijańskich, dopóki nasze drogi z różnych powodów się nie rozeszły. Nie oznacza to jednak, że straciłem zapał do ewangelizacji czy przestałem kochać Kościół – nie! Staram się kontynuować swoją misję na innych polach, bo po prostu uważam, że warto. Ku zdziwieniu sporej części środowiska, jakim się otaczam.

- Kościół w Polsce jest zepsuty, pozbywa się wiernych i prędzej czy później upadnie – mówią mi nierzadko znajomi. Sporo w tym prawdy, choć nie zgadzam się ze zdaniem, że nasza wspólnota zniknie znad wiślańskiej mapy. Takie rzekome proroctwa wypowiadano już przy okazji gorszych grzechów Kościoła, a ten – jak na złość – przetrwał. W takich wypadkach zazwyczaj maleje liczba wyznawców, za to przybywa tych autentycznie wierzących.

Dlaczego się gdzieniegdzie psuje, a wierni uciekają? Powodów jest mnóstwo – od zanikania wartości, przez lenistwo, po błędy Kościoła (bazuję na podstawie sondaży). Tym ostatnim jestem najczęściej zasypywany szczególnie przez osoby, które nie są z Nim związane. Mam więc pełne prawo przypuszczać, że nie chodzi tutaj o troskę, ale o manifestację własnego światopoglądu. I – jak się okazuje – takie szydło (nie mylić z panią premier) później wychodzi z worka.

Wracając jednak do błędów Kościoła, na plan pierwszy wysuwają się dwa: upolitycznienie oraz tzw. zła mowa („Targowica”). Zgadzam się z tym w zupełności, że taki wirus zainfekował polsko-eklezjalny organizm. Już podczas wyborów prezydenckich nie umiałem wyjść z szoku, kiedy patrzyłem na niektóre portale ewangelizacyjne, agitujące za Andrzejem Dudą. Łapałem się za głowę, gdy biskup Mering pisał list do szefa Parlamentu Europejskiego, Martina Schulza, gdy w tym tygodniu arcybiskup Jędraszewski mówił o „zarazy lewackiej”. Nie potrafiłem się otrząsnąć, kiedy część znajomych z „katolickiej branży” pisała na portalach społecznościowych, że wybór nowego prezydenta jest efektem działania Ducha Świętego, a z lewicą wybierała się (prawie) na wojnę.

Druga strona medalu

A teraz zapraszam na równoważnię. Nie czuję się dobrym człowiekiem, ale chrześcijaństwo, jakie ja poznałem, jest uosobieniem uśmiechu, nietuzinkowego poczucia humoru, żywego przeżywania relacji z Bogiem i lubienia ludzi. Na dodatek, to wszystko dzieje się w połączeniu z Kościołem. Otaczam się osobami (jak również mam takich dalszych znajomych), którzy rozumieją, czym jest autentyczne chrześcijaństwo. Znam osobiście księży – zarówno intelektualistów, jak i „prostych pasterzy” – jacy mówią z ambon kazania tak pełne miłości, że słuchacze unoszą się potem przez miesiąc ponad ziemią. Obserwuję biskupów, którzy dla mnie są przykładem do naśladowania (abp Nossol, bp Czaja, bp Markowski, bp Ryś, kard. Nycz itd.). Czytam wypowiedzi duchownych, jacy przeciwstawiają się temu wirusowi – zmarły już ks. Kaczkowski, o. Wiśniewski, o. Kramer, ks. Sowa. W każdym mieście czy miejscowościach jestem w stanie dość szybko odnaleźć kościół, gdzie nieznajomy mi ksiądz będzie wpisywał się w standardy chrześcijaństwa, które znam, a które Polacy mogli zobaczyć przy okazji Światowych Dni Młodzieży. Skąd więc ta nagonka?

Z winy wielu hierarchów (i innych duchownych) kościelnych, którzy opowiedzieli się wyraźnie po stronie Prawa i Sprawiedliwości. Z winy mediów, jakie przytaczają raczej te złe kazania, bo one się klikają, niż dobre – mimo że to dałoby szerszy ogląd rzeczywistości. Z winy wiernych, którzy zapomnieli, że są tak samo Kościołem jak ich hierarchowie, i zamiast psioczyć na nich, sami zajęliby się promowaniem dobra.

Kościół ponad podziałami

Zmarły w obecnym tygodniu kard. Franciszek Macharski mawiał, że Kościół powinien budować mosty między ludźmi, a nie stawiać się po którejś ze stron, bo wtedy zawsze ustawi się w opozycji do przeciwnej. Zapomniała o tym część wspólnoty, ale nie dopuszczają tego do siebie również krytykanci.

Tuż przed wyborami prezydenckimi, a potem parlamentarnymi, podnosiły się głosy (skądinąd słuszne), że Kościół nie powinien się mieszać i agitować za nikim. Dzisiaj ci sami ludzie wymagają od Niego opowiedzenia się po stronie praworządności, KOD-u i innych tworów, tłumacząc, że to jest coś innego. W imię własnych przekonań politycznych (czy nawet wizji państwa) chcą angażować wspólnotę, powołując się często na działanie Kościoła w czasach Solidarności. Zapominają, że, po pierwsze, wtedy mieliśmy Lecha Wałęsę, który był katolikiem, więc Kościół mu ufał, a dzisiaj ustawienie się w roli chłopca rzucającego drugiego kamieniem i na dystans próbującego wymusić tym swoje racje, nie jest dobrym odpowiednikiem. Po drugie – przyrównują rządy Prawa i Sprawiedliwości do komunizmu, podczas gdy władza socjalizm widzi w ludziach, mających zdanie przeciwne. Naprawdę uważacie, że wciągając w to Kościół, który ma za zadanie być z wszystkimi, osiągniecie coś więcej od zmiany władzy?

Polsce bardziej od przemiany prawnej, potrzebna jest przemiana kulturowa. Prawo pójdzie bowiem za kulturą. A prawda jest taka, że tzw. lewica (ludzie, portale utożsamiane z tą stroną) dotrze raczej tylko do swoich „wyznawców”, podobnie jak prawica – zakładając, iż istnieją tak ostre podziały. Kościół z kolei dotrze ze swoim przekazem do wszystkich. Jest więc w stanie zbudować most, jeśli tylko spełni dwa warunki: sam przestanie dzielić, a tam gdzie robi swoje, dalej będzie kontynuował obraną przed wiekami misję. Bo Jego zadanie polega na krzewieniu autentycznej wiary. Jeżeli zatem w takiej miłości poprowadzi się wiernych – ci będą potem wiedzieli, jak przenosić ją na grunt państwowy czy polityczny.
Trwa ładowanie komentarzy...